- Tatuś, daleko jeszcze? - poprawiłeś lusterko, tak aby widzieć swą latorośl, swego synka. Widziałeś jego pogodne i niebieskie oczka, delikatnie zmarszczony nosek i gniecionego w prawej dłoni misia. - Siku mi się chce.
- Jeszcze kilka minut, kochanie. Za chwilę będziemy na miejscu.
- A pójdziemy do McDonalda? - jego słodki głosik tak przyjemnie podrażniał twoje bębenki uszne.
- Słoneczko, jedziemy w odwiedziny do wujka - do wymiany zdań dołączyła twoja żona, w końcu oderwana od lusterka i swojej ulubionej, krwistoczerwonej szminki. - Dzisiaj McDonalda musimy sobie odpuścić.
- No a jutro?
- Jutro mamusia ma ważne spotkanie.
- A tata?
- Obiecuję, że odwiedzimy twojego ulubionego klauna - doskonale wiedziałeś, jak uwielbia wpatrywać się w tę maskotkę przed fast foodową restauracją.
- Tak jak obiecałeś to ostatnim razem? - kobieta spojrzała na ciebie z wymowną miną, wręcz marsową. Odpowiedziałeś tym samym. Nie znosiłeś, kiedy ktoś wypomina ci twoje błędy, kiedy musisz wracać do przykrych momentów, mimo iż wolałbyś wymazać je ze swojej podświadomości. To nie była twoja wina. Nie twoją winą było nagłe rozchorowanie się kolegi z drużyny i przyjście na trening pomimo dnia odpoczynku, odpoczynku wyłącznie dla ciebie.
- Tej obietnicy nie złamię - skierowałeś swą dłoń i wzrok na tył auta, aby malec mógł złapać cię za palce w geście potwierdzenia. - Słowo.
Może jakieś cholerne fatum czuwało od początku nad twoją głową? Może chciało, abyś ograniczył wszelkie stłuczki, abyś tę najprawdziwszą, najboleśniejszą przeżył akurat wtedy, kiedy wiozłeś ze sobą cały swój skarb, całą miłość zawartą w tych dwóch osobach? Może byłeś tylko pionkiem w rękach losu? Losu, który tak naprawdę nie zna litości, który nieustannie, po dziś dzień, bawi się człowiekiem, doprowadza go do cierpienia, melancholii, melodramatycznych refleksji, niszczy go do reszty, i fizycznie, i mentalnie.
Słyszałeś tylko przeraźliwy krzyk twojej żony, jej ciepłą dłoń na twoim udzie. Widziałeś samochód wbijający się w prawy bok twojego. Gnieciony metal przeplatał się z płaczem syna, płaczem najważniejszej kobiety w twoim życiu. Nie wiedziałeś, dlaczego krew płynie po twej tapicerce, dlaczego blondynka miała ograniczone możliwości oddychania, dlaczego jej ręka była wygięta w niespotykany sposób, dlaczego twoja głowa znajdowała się na kierownicy, dlaczego ciemnoczerwona ciecz ograniczała twoją widoczność. Nie rozumiałeś. Nie rozumiałeś niczego. Przecież odwróciłeś się tylko na moment, tylko na moment spojrzałeś na małego. Małego, którego nie było już w aucie. Bo słyszałeś nie tylko krzyki i płacz. Słyszałeś również rozbijaną szybę, zarówno tę po prawej stronie, jak i tę z tyłu. Słyszałeś huk, lądowanie czegoś twardego tuż obok miejsca zdarzenia, może co najwyżej kilka metrów dalej.
Co najbardziej bolało? Świadomość, że tego mogło nie być, że mogłeś poczekać do postoju na światłach, poczekać do końca drogi. Nie zrobiłeś tego. Dlaczego? Dlaczego i tym razem uwierzyłeś, że chwilowa nieuwaga może skończyć się happy endem?
Kaszlałeś krwią, rwało cię w prawej nodze. Jednak jak można porównywać taki ból z tym drugim, mentalnym? Jak cholernie bolało, wiedząc, że nie można pomóc, że nie można ratować tego, co jeszcze dałoby się ocalić? Jak cholernie bolał ostatni widok przed zamknięciem oczu, widok jej rozsypanych włosów na półeczce przed główną szybą?
Za błędy się płaci. Tylko dlaczego nie może płacić wyłącznie ten, który się do ich rozwoju przyczynił?
***
to startujemy.jak już mówiłam, to nie będzie nic długiego i wzniosłego.
sama melancholia.
no, to kogo obsadzacie w roli głównego bohatera?
trochę czasu na zgadywanki macie.
pięć króciutkich rozdziałów co trzy dni.
Karo nadal nie ma, ale skoro chciała publikację tej historii, to z mojej strony ją ma.
wcześniejsze posłowie jest jej, nie będę usuwać czegoś, co grzeje tu miejsce już od jakiegoś czasu.
jeśli ktoś nie czyta i mu tylko przysporzyłam SPAMU - przepraszam.
tośka.